W lutym urodziłam syna. Bardzo wiele w moim życiu się od tego czasu zmieniło, przede wszystkim priorytety. Staram się dbać jak najlepiej o Mikołaja, jednocześnie nie zapominając o sobie i mężu. Czy mi się udaje? Trudno powiedzieć. Ważne, że próbuję.
czwartek, 21 lipca 2011

Miejsce startowe - mata edukacyjna, cel - kable, elektronika, płyty, ciężarki, wszystko, co nie jest zabawką, a do czego można się dostać. Nieważne, że po drodze mama ustawiła masę przeszkód w postaci rogala, poduszek, zrolowanych kołder - dotrę, przejdę, dam radę - jest! Istny mały zwiadowca i odkrywca. Ulubiony sprzęt - laptop, kable. Koszmarek, urwis i nie wiem kto jeszcze. Znowu podąża do celu. Wytrwale, niestrudzenie. Nic, że ewentualny sukces szybko jest kończony przez mamę i wraca na start. Po to jest by dalej zaczynać, od nowa i jeszcze raz i tak do kolejnego posiłku i spania. Ciekawy świata mały człowiek. Niesamowita chęć poznania. Już jest kompromis pusta butelka, którą można się bawić, ale jak jest na macie dostępna, to nie to, tajemnica tkwi w odkrywaniu tego, co niedostępne. Wyruszam, znajdę, tym razem się uda na dłużej. Pełzam, zaczynam raczkować, wyruszam w drogę.

wtorek, 19 lipca 2011

Pełen profesjonalizm i wspaniała obsługa, o basenie, siłowni, położeniu, pokoju i pysznych posiłkach nie wspominając ;) Już przy wejściu powitał nas miły gentelman z wszechobecnym francuskim lub angielskim. Zdecydowanie hotel nastawiony na obcokrajowców. Nawet się czasami łapałam na automatycznym odpowiadaniu w tym języku i refleksji, przecież jestem w Polsce i po polsku mówię natychmiast się przestawiając.

Odgadując nasze życzenia bez jakiejkolwiek sugestii z naszej strony zaproponowano nam pokój z łóżkiem małżeńskim zamiast zarezerwowanego z dwoma pojedynczymi. Mogliśmy też otrzymać łóżeczko dla Mikołaja, ale stwierdziliśmy, że nie jest potrzebne. Teraz czytam, że nawet wanienki posiadali, nie ma to jak młody klient. Pokój spełnił wszystkie nasze potrzeby. Dosunęliśmy kanapę do łóżka i w ten sposób smyk spał niby z nami a obok, co niezmiernie mu się podobało, bo w domu śpi w osobnym pokoju.

Nastawialiśmy się na kąpanie małego pod prysznicem na jednym z nas, a tu szok. Wanna. Mimo wszystko wszystko sprawnie poszło, zaś wylegiwanie się na ogromnym łóżku stało się ulubioną czynnością M. zaraz po zabawach zaserwowanych podczas warsztatów, ale o tym w kolejnym wpisie. Przez większość czasu mam wrażenie, że jest taki duży (w porównaniu z rówieśnikami jest), ale jak zobaczyłam tego okruszka w morzu pościeli, to dotarło do mnie ponownie jaki jest bezbronny.

Jeszcze tego samego dnia skorzystałam z siłowni. A w sobotę skoro świt basen był mój i tylko mój, bo reszta gości o 7 chyba jeszcze spała ;) Wieczorem skorzystałam z klasycznego masażu, który po całym dniu warsztatów, a przede wszystkim po ciąży i 5 miesiącach z bąblem był tym, o czym moje mięśnie skrycie marzyły. Rewelacja! Tak wypoczęta i zrelaksowana dawno nie byłam. T. też się dwa razy wybrał na siłownię. W połączeniu z pysznym lunchem, składającym się z kilku dań i deseru, romantyczną kolacją przy lampce wytrawnego wina, szwedzkim stołem przy śniadaniu bilans kaloryczny powinien wyjść na zero lub plus, a tu proszę schudłam :) Czytam relacje dziewczyn i cieszę się, że nie musiałam niczego z menu wyrzucać czy zamieniać, bo M. dobrze reaguje praktycznie na wszystko. Kochany synek, wie czego mamusia potrzebuje.

O dziwo wózek nie sprawiał chyba nikomu problemu, wszędzie nas z nim wpuszczano, do jadalni, baru, sali konferencyjnej itd. W sobotę wieczorem i w niedzielę po śniadaniu (i kolejnej porcji pływania) wybraliśmy się na spacer. W Warszawie byliśmy kilka razy, więc nie było zwiedzania, a wypoczynek w Ogrodach Saskich.

Ze zdziwieniem odkryłam, że wbrew moim obawom nie jestem uzależniona od internetu, bo w ogóle mnie nie kusiło by włączać komputer, a jedyne pięć minut, które poświęciłam sieci, przeznaczyłam na sprawdzenie powrotnego połączenia.

Przed wyjazdem M. dostał misia w ubranku z hotelowym logo, miły gest, który jak widać się spodobał :) Biedak był tarmoszony i miętolony przez długi czas. Na razie zawędrował na regał ze względu na kłaczki, ale na pewno powróci.

W piątek wybraliśmy się (my, czyli cała nasza trójka) do Warszawy na warsztaty organizowane przez markę Pampers.

W tym miejscu chciałabym podziękować za doskonałą organizację i życzyć udanego - zasłużonego - wypoczynku. Na zdjęcia z warsztatów już czekam i pozdrawiam fotografa, który je robił w pozycjach wymagających poświęcenia i umiejętności akrobatycznych, byle tylko dobrze uchwycić uśmiech na twarzy naszych pociech. Oczywiście pamietam, że będą w poniedziałek, ale następny ;) Dodatkowo miałam okazję spotkać kilka osób, których blogi regularnie czytam oraz poznać nowe blogerki i już się u nich zadomowiłam.

Ponieważ działo się wiele, to relację podzielę na 3 części. Pierwszą - dzisiejszą - poświęcę podróży, kolejną hotelowi i Warszawie, a najważniejszą merytoryczną warsztatom i wrażeniom ze zwiedzania fabryki. Taki podział jest też spowodowany szwankującym bloxem, który co chwilę mi wcina tekst - już chyba ze 3 razy i albo się przeniosę na bloggera, albo zacznę pisać w Wordzie lub innym edytorze i kopiować. Już nie marudząc przechodzę do części pierwszej (hmmm no dobrze w niej odrobinę ponarzekam na dworce ;)

Podróż PKP z małym dzieckiem

Największe obawy wiązały się z dojazdem. Prawie 3 godziny w jedną stronę. Bąbel podróżował już dalej, ale w foteliku samochodem, a nie pociągiem. Zastanawialiśmy się co zrobić z wózkiem? Czy będzie przedział dla matki z dzieckiem? Jakim cudem zmieścić się przez wąskie wejście? Dlaczego te schodki muszą być tak strome i oddalone od peronu? Itd. Okazało się, że nasze obawy były bezpodstawne, a raczej martwiliśmy się nie o to co trzeba.

Najpierw pozytywnie nas zaskoczyła cena TLK i bilet rodzinny. Mikołaj dostał swój pierwszy bilet, wprawdzie za 0 zł, ale papierek musi być. Inforamcja dotycząca przedziału: "w dalekobieżnych POWINIEN być". No to oby był ;) Jechaliśmy dopiero po pracy T., więc stosunkowo późno, ale dzięki temu trafiliśmy na dobry czas w rytmie dobowym M. Zabawa, jedzenie, drzemka, fascynacja oknem. Mam zdjęcie jak karmię w pociągu, wyszło niezwykle klimatycznie, takie spokojne z delikatnym światłem rzucanym przez słońce. Znowu odbiegam od osi czasu - musicie się do tego przywyczaić, dygresja goni dygresję.

Pociąg na szczęście miał dłużczy postój u nas, więc spokojnie odnaleźliśmy wagon z przedziałem, konduktora, który musiał go otworzyć i załadowaliśmy bagaże - specjalnie pakowaliśmy się minimalistycznie, by nie było z tym problemu. Okazało się, że na wózek jednak bilet musi być, choć w kasie zapewniano nas, że nie. T. rozwiązał problem rozmontowując czterokołowca i kładąc go na górze.

Podróż minęła szybko i bezproblemowo. By M. czegoś nie chwycił rozłożyliśmy na dwóch miejscach koc i na nim przy asekuracji się bawił i spał. Dodatkową atrakcją było lustro i tu zaszaleliśmy i zrobiliśmy sesję zdjęciową z podwójnymi odbiciami, lustrem niby obrazem itd. Cudowne ujęcia, a na każdyn uśmiech Bąbla. Okazało się, ze pociąg to nasz przyjaciel i zdecydowanie lepszy niż auto i fotelik, w którym nie można się za bardzo poruszać, o raczkowaniu czy odpięciu pasów i zabawie na rodzicach nie wspominając.

Warszawa Centralna... kto projektował ten dworzec? Wprawdzie trwa remont, więc są dodatkowe utrudnienia, ale brak wind lub podjazdu dla wózków jest zdecydowanie kłopotliwy. By wydostać się z peronu T. musiał wyprawiać kombinacje na ruchomych schodach, ja wzięłam M. Potem kolejne schody, tym razem tradycyjne. No dobra jesteśmy na górze i tu błąd strategiczny wybraliśmy głóną drogę, co oznaczało kilka podziemnych przejść oczywiście bez sprawnych wind - wracaliśmy już rozsądniej bocznymi i dzięki temu odbyło się bez większych problemów.

Ogólnie jesteśmy na tak, tylko jednak we dwoje, bo nei wiem jakbym sama wniosła/zniosła wózek, chyba jedynie na uśmiech, prośbę itp. Nie zrażamy się i już w przyszłym tygodniu wybieramy się ponownie, choć o wiele bliżej zaledwie pół godziny do Ciechocinka, a potem może Chełmża i jeziorko?

[Nie wiem czy całość jest składna, ale nie ryzykując kolejnego zniknięcia publikuję ;)] Pozdrawiam wszystkich uczestników warsztatów - wspaniale spędziłam czas.

czwartek, 14 lipca 2011

O samym zakupie wózka pisałam jeszcze w ciąży (tu), zdecydowaliśmy się na wersję 3w1 (gondola, spacerówka i fotelik samochodowy do wpięcia na stelaż). Mikołaj od kilku tygodni nie uznaje gondoli, bo chce siadać i się rozglądać, więc zmieniliśmy i teraz głównie na leżąco, ale jednak w spacerówce zwiedza świat. W weekend i tu pojawiły się protesty i teraz raz na jakiś czas siedzi, a nie leży. Gondola była niepotrzebna, więc wylądowała w piwnicy, ale ostatnio wpadliśmy na pomysł jak ją ponownie zagospodarować. Pogoda śliczna, balkon spory, ale nie było jak na nim trzymać malucha. Na siedzonko do jedzenia jeszcze odrobinę za mały, za bujaczek niestety za duży, na kocach za zimno i mógłby wypaść, więc gondola :) Teraz jak zasypia, to go kładę w niej, ma wersję kołyski, więc nawet jak zaczyna przez sen stękać to odrobina bujania i się uspokaja, a ja w tym czasie wieszam pranie lub czytam na fotelu, to drugie zdecydowanie chętniej.

Poza tym przydaje się też w domu do nauki siadania. A właściwie do ćwiczeń w siedzeniu z podparciem z przestrzenią do zabawy. Wykorzystuję ją też jako przenośne łóżeczko, bo właściwe jest w małym pokoju, nie zawsze może spać ze mną - tzn. jest mało miejsca, gdy jest jeszcze T., więc leży tuż obok, ale "piętro niżej", jest "pod ręką", a wiem że nic mu się nie stanie.

Podobną funkcję - a nawet bezpieczniejszą - pełni rogal o którym już wspominałam tu.

Macie jeszcze jakieś pomysły na gondole?

Z rozwojowych kwestii ostatnio zaczyna się podnosić i chwilę trwa w pozycji na czworakach, nawet próbuje się tak przesuwać, ale na razie to raczej ruch gąsienicy, a nie raczkowanie. Wygląda przy tym cudownie.

wtorek, 12 lipca 2011

a nawet kilka dni więcej. Czas jakoś przecieka mi między palcami. Choć nadal mam wrażenie, że M. jest z nami od zawsze, nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego, choć nie oszukujmy się czasami mam ochotę go podrzucić babci/cioci, niestety na razie nierealny sen. Dobrze, że na taniec chodzę.

Bąbel bije kolejne rekordy. Już systematycznie wytrzymuje po 7-8 godzin bez piersi. O 8/9 ciągnie, potem 11/12 pół słoiczka, na razie głównie owoce: jabła, morele, brzoskwinie, ostatnio banan. Dzisiaj spróbujemy jagód, potem gruszka, dynia z ziemniakami i szpinak, bo niestety marchewka to nadal nie to. Szkoda, bo większość ją zawiera i jakby nie było jest zdrowa. I około 15/16 woła mleko - tu sobie przypomina, że tęskni i długo się przytula - cudowne uczucie.

Spokojnie nie uleży ani chwili - chyba, że śpi. Przebieranie stało się prawdziwą sztuką,  bo uparcie próbuje się przewrócić na brzuch i zwiedzać, a ja staram się go utrzymać i założyć nową pieluchę ;) Przewijak z łóżeczka zawędrował na podłogę - bezpieczeństwo. W sumie mały koszmarek, ale mimo wszystko słodki. Odkryłam sposób i daję mu małą maskotkę/zabawkę, nie wszystko zajmuje go wystarczająco długo, ale już mam swój ulubiony mini zestaw.

Przechodzi fascynację swoimi stopami. Praktycznie samodzielnie już siedzi. Przecudny widok, ale w spacerówce już też chce i czasami mu pozwalamy, ale jednak leżąca pozycja przeważa, szczególnie, zę spacer to głównie sen. Na macie często leży na plecach a nogi wysoko w górze, chwyta też nimi pałąki jak małpka. Uwielbia zabawę częściowo napompowaną piłką plażową. Chwyta ręką, stopami, przesuwa, wchodzi na nią - kombinuje ile się da. Wygimnastykowany chłopak, ale niemowlęta już tak mają.

"Mama" nadal w fazie nauki, ale zdarza się coraz częściej. Ząbki idą i wyjść nie mogą, ale mam nadzieję, że zaraz coś się pokaże, bo wszystko ląduje w buzi, a kciuk zastęuje gryzak - ehh. Gryzaczki ma trzy - każdy inny i wszystkie uwielbia. Smoczki nadal niet, za to traktuje je jak delikatne gryzaczki, zastępstwo kciuka i uwielbia gryźć.

W sobotę przeszliśmy się na dłuuuuugi spacer po starówce, zaszliśmy do ogródka na obiad - mały dostał słoiczek, my spędziliśmy miło czas. Potem do parku miejskiego, który bardziej przypomina las z ścieżkami, odkryliśmy śliczne bajoro, ruiny schodów/wieżyczki. Uśmiech M - bezcenny, właśnie się do mnie śmieje w głos pokazując dziąsła.

 

Nie tylko M kończy pewien etap. W zeszły poniedziałek skończyłam 27 lat. oj czuję się na max 23, chwilami dochodzi do mnie, że mam 25, ale 27? Kiedy? Oczywiście nadal czuję się młoda i piękna ;) Dostałam śliczny bukiet róż i kolczyki od T., cudną bluzkę od mamy, kilka kartek i praktycznie wszyscy dzwonili = pamiętali, co ogromnie cieszy. O'K brzdąc zdecydowanie wzywa.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze

Kontakt ze mną
kahlan84@gazeta.pl

Mój blog został wybrany blogiem miesiąca październik 2010 :)
Dziękuję

Sklep z pieluszkami wielorazowymi: